Tym razem inaczej:

„Tu leży staroświecka jak przecinek

autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek

raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup

nie należał do żadnej z literackich grup.

Ale też nic lepszego nie ma na mogile

oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.

Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy

i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.”

Carloz Ruiz Zafon, Gra Anioła, wyd. Muza, 2010.

Dziś będzie krótko, bo chyba nie ma się nad czym rozwodzić.

***

To wielkie tomisko pokonało ze mną setki kilometrów w czasie wakacyjnych miesięcy będąc ciężarem nie tylko fizycznym, ale i przeogromnym brzemieniem dla psychiki.

Gra Anioła to książką czytaną przeze mnie dla zabicia pociągowo-autobusowej nudy i jeszcze mocniej utwierdzającą mnie w przekonaniu, że propozycje szumnie zwane bestsellerami niewiele są warte.

Na planie fabularnym poznajemy okultystyczno-depresyjne losy młodego pisarza gotowego zaprzedać swój talent dla wymiernych korzyści materialnych. Dowiadujemy się o przedziwnej ofercie złożonej przez nie mniej  dziwnego wydawcę i nadnaturalnych zdarzeniach towarzyszących pracy nad realizacją tego zlecenia. Jednak z założenia mroczna i tajemnicza akcja powieści ani przeraża, ani  wciąga.

Momentami książka bawi naiwnością i doprowadza do rozpaczy absurdalnością wybranych przez pisarza rozwiązań (hokus pokus i śmiertelnie chory bohater zostaje uzdrowiony?!).

Do granic przewidywalna i banalna fabuła oraz szablonowe, bezbarwne, płaskie postaci nie pomagają wciągnąć się w lekturę.

Nieudolne są też próby wprowadzenia wątków religijnych i erotycznych (oj, tak, tak, bez takich nie obędzie się żadna dobra powieść!) – zdają się one być fasadowe i tworzone tylko po to, by chwytliwym tematem zwiększyć popularność dziełka.

W czasie lektury odniosłam wrażenie, że Zafon ze swojej trzeciorzędnej powiastki stara się zrobić dzieło gnomiczne; patetyczne fragmenty mówiące o  autoteliczności pisarskiej sztuki wywołują uśmiech zażenowania.

A miało być tak pięknie… Barcelona początku XX wieku obiecywała możliwość obcowania z hiszpańską bohemą, temat, przez pierwsze kilkanaście stron wydawał się być ciekawy. Oczywiście, wszystko to obietnice bez pokrycia.

Gra Anioła to jedna z tych książek, które po przeczytaniu odkłada się na półkę i zapomina. Pozostaje tylko mgliste wspomnienie i niechęć do nazwiska autora

J.S.Ch.

Podczas remontowo-przeprowadzkowego zamieszania znalazłam kilka staroci, głównie warszawskich. Chętnie przekażę je w dobre ręce, najchętniej w zamian za inną pożywkę dla mojej wyobraźni.

1. Mirosław BerezińskiABC gitary. Samouczek, Wrocław 2001.

2. Ernest Hemingway, Sygnowano. Ernest Hemingway. Artykuły i reportaże 1920-1956, tłum. B. Zieliński, Warszawa  1979.

3. Marek Hłasko, Sowa, córka piekarza, Warszawa 1989.

4. Aleksander Minkowski, Układ krążenia, Warszawa 1978.

5. Gerard de Nerval, Sylwia i inne opowiadania, Warszawa 1960.

6. Krystyna Siesicka, Zapałka na zakręcie, Warszawa 1976.

7. Stefan Żeromski, Duma o hetmanie, Warszawa 1957.

8. Stefan Żeromski, Utwory wybrane, t. 4, Warszawa 1964. (tu: Wierna rzeka, Wiatr od morza, Uciekła mi przepióreczka…)

Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007.

Kolejny raz Wiesław Myśliwski- Mistrz metafizycznej powieści- stawia ważne dla człowieka pytania: jaki jest sens życia, czym jest przemijanie, w jaki sposób dobro i zło istnieją w naszym świecie.

W wielkim monologu bezimiennego bohatera, wygłaszanym do tajemniczego, pojawiającego się jakby znikąd, nieznajomego, Myśliwski roztacza niezwykłą opowieść o życiu i powolnym wycofywaniu się ze świata. Narrator opisując swe dzieciństwo naznaczone piętnem wojny, młodość spędzoną na pracy przy budowaniu nowej Polski, miłość do muzyki i saksofonu, życie dojrzałe, upływające na zagranicznych podróżach w poszukiwaniu chleba, na nowo przeżywa te wydarzenia, porządkuje je, tworzy siebie.

Traktat o łuskaniu fasoli nie daje prostych odpowiedzi na stawiane pytania. W poszukiwaniu celu ziemskiej egzystencji bohater musi odbyć najtrudniejszą podróż- podróż w głąb siebie. By spróbować odkryć największe tajemnice życia, narrator zajrzeć musi za zasłonę tego, co oczywiste, tego, co dane wprost. Wspomnienia stają się pretekstem do snucia filozoficznego traktatu o przeznaczeniu.

Atmosferę namysłu nad sensem istnienia świata, nad miejscem człowieka w nim wzmaga nastrojowa sceneria opuszczonego ośrodka domków letniskowych. Bliskość dwóch obcych sobie ludzi, pochylających się w jesienny wieczór nad łuskaniem fasoli, mrok oświetlany tylko wątłym światłem świecy i spokój letniskowego domku starego dozorcy dają wrażenie, że czas zatrzymał się, by wybrzmieć mogła wielka opowieść.

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zbiegają się w jednym punkcie, żeby uchylić rąbka odwiecznej tajemnicy.

Książka dostojna, pełna powagi, napisana pięknym, choć prostym językiem. Zasłużona laureatka Nagrody Nike z roku 2007. Doskonała propozycja dla umęczonych chaosem najnowszej polskiej literatury.

J.S.Ch.

Jarosław Marek Rymkiewicz, Kinderszenen, Sic!, Warszawa 2008.

Tytuł wydanej w 2008 roku książki Jarosław Marek Rymkiewicz zaczerpnął od cyklu fortepianowych miniatur Roberta Schumana. Jednak ten, kto sięgając po Kinderszenen oczekuje, że autor na nowo odegra przed nim dziecięce sceny swojego życia, myli się.

Rymkiewicz ukazuje historię okupowanej Warszawy, a zarazem całego narodu polskiego jako wspólnoty zdanej na łaskę sąsiedniego „plemienia” niemieckiego. Doskonale prowadzone autobiograficzne wątki przeplatają się z subiektywnymi sądami na temat wojennych wydarzeń. Historia ukazana jest przez pryzmat przedmiotów. Przywołanie obrazu starego dowodu osobistego, wbitych w nim pieczątek, szkolnego zeszytu, futer matki stanowi tylko pretekst do podjęcia istotnych dla pisarza tematów. Kinderszenen to zbiór niepowiązanych ze sobą fragmentów, opowiedzianych poprzez przedmioty; wszystko sprowadzone jest do roli artefaktu, wszystko ma czytelną przyczynę swego zaistnienia w tej książce. Przedmiotem jest człowiek – Iwan Waszeńko – „preparat anatomiczny”, za sprawą którego Rymkiewicz pyta o sens zabijania, przedmiotem są koty babki autora, dzięki którym uchylony zostaje rąbek tajemnicy śmierci, czy wreszcie pamiętnik Hansa Franka – generalnego gubernatora – stanowi tylko przyczynek do rozmyślań nad niemiecką naturą.

Gdyby czytać książkę Rymkiewicza tylko jako zbiór wspomnień, odcinając historiozoficzne poglądy pisarza, otrzymalibyśmy obraz tego, jak wojna i okupacja zmieniły życie małego chłopca i jego rodziny. Okruchy pamięci ukazują, jak młody umysł próbował radzić sobie z losem, jaki przypadł mu w udziale, jak wyglądało dzieciństwo, które nagle przerwało się, w sposób symboliczny stało się krwawą dziurą. W tych fragmentach Kinderszenen, w których Rymkiewicz przywołuje tylko osobiste, zatarte już nieco przez czas, wspomnienia odkrywa się cała siła książki. Zdecydowanie najlepszą jej część stanowią te strony, na których pisarz zawarł autobiograficzne wątki. Doskonale poprowadzona narracja pozwala spojrzeć na wojnę w sposób pozbawiony przesadnej heroiczności, bez patosu, za to  z poczuciem pokory wobec tragedii, która może powtórzyć się w przyszłości. Od osobistych wspomnień i rozmyślań Jarosław Marek Rymkiewicz przechodzi jednak do spraw ogólnych, budzących kontrowersje.

Bo czym naprawdę jest tak książka, skoro wspomnienia małego chłopca, którego dzieciństwo przypadło na lata drugiej wojny światowej stanowią tylko pretekst do rozważań  o sensie historii i ludzkiego losu? Kinderszenen to ocena Powstania Warszawskiego. O losach walczącej Warszawy nie dowiadujemy się jednak bezpośrednio ze wspomnień autora – dziewięcioletniego wówczas chłopca. Rymkiewicz przytacza relacje osób, które przetrwały warszawską masakrę, nie szczędzi czytelnikowi drastycznych szczegółów. Niekiedy książka staje się wręcz drobiazgowym opisem działań militarnych, uwzględniającym topografię ówczesnej stolicy, co prowadzi do powstawania nudnych dla czytelnika niezaznajomionego z planem miasta dłużyzn.

Motywem przewodnim całości staje się historia masakry na ulicy Kilińskiego, do opisu której Rymkiewicz znów dochodzi nie wprost, lecz poprzez przypomnienie „czołgu-pułapki”. Relację z tego krwawego dnia Rymkiewicz przekazuje nam przywołując wspomnienia tych, którzy byli świadkami wybuchu ładunku umieszczonego w obleganym przez tłum cywilów pojeździe. Włączenie we własną narrację narracji tych, którzy przeżyli pozwala Rymkiewiczowi na ukazanie mechanizmów pamięci ludzkiej: „egoistycznej, zwróconej ku sobie, mającej na uwadze tylko samą siebie i swoje indywidualne potrzeby”, które „pragnie zaspokoić i tylko to ją obchodzi, niczego więcej nie zapamiętuje”. O historii wiemy tylko to, co możemy o niej sami orzec. To nasza pamięć ją kreuje. Rymkiewicz opowiada się w Kinderszenen po stronie prawdy jednostkowej, z uporem odrzuca próby tworzenia jedynej słusznej prawdy historycznej. Pisarz przyznaje każdemu prawo do własnego spojrzenia na przeszłość. Co więcej, każda z tych relacji, uznana zostaje za prawdziwą.

Tak też prezentowane są losy Powstania Warszawskiego w tej książce – ocena Rymkiewicza jest na wskroś subiektywna, odrzucająca głosy niezgodne z opinią pisarza. Ponad sześćdziesiąt lat po powstańczym zrywie autor Kinderszenen przypomina o, jego zdaniem, „największym wydarzeniu w historii Polaków”. Dając sobie prawo do własnego postrzegania historii, pisarz gloryfikuje opór, jaki warszawiacy stawili Niemcom w 1944 roku. Obiektywne rozważania na temat przebiegu i skutków tego wydarzenia są zupełnie nieobecne w tej książce. Rymkiewicz odrzuca wszystkie głosy mówiące o słabym przygotowaniu akcji, okupieniu jej totalną zagładą miasta, spłukaniu krwią zwykłych warszawiaków  i otrzymaniu nieadekwatnych efektów tego poświęcenia.

Bo i po co, przyjmując postulat Rymkiewicza o pamięci zaspokajającej własne potrzeby, zaprzątać sobie tym głowę? Czy Rymkiewicz, w całej swojej książce, niewystarczająco zaznacza względność tego, co zapamiętuje człowiek? To samo wydarzenie opowiadane przez różne osoby różni się tak bardzo.

Niewątpliwą zasługą pisarza jest to, że w ogóle porusza temat Powstania Warszawskiego. Podejmuje próbę odkłamania fałszowanej przez lata PRLu historii i… popada w przesadę. Warszawskie wydarzenia 1944 roku rosną w oczach Rymkiewicza do miana czynu najznakomitszego, jedynego słusznego, ostatniej możliwości Polaków. Pisarz, kreując się na kogoś, kto rozumie głęboki sens historii, roztacza przed czytelnikiem obraz chwały, przeżywa uniesienia, zachwyca się pięknem powstańczego zrywu. W afirmacji powstania jest jednak jednostronny i naiwny. Wydaje się nie dostrzegać, tego, że pod płaszczem chwalebnego czynu skrywają się tysiące ofiar. Głos Rymkiewicza jest głosem radykalnym, odrzucającym choćby najdrobniejsze wątpliwości co do słuszności warszawskiego zrywu. Nikt nie wymaga od niego potępienia powstania, opowiedzenia się po stronie jego przeciwników, jednak Rymkiewicz nie stara się w żaden sposób zobiektywizować swojego spojrzenia na wydarzenia 1944 roku. Pojawia się pytanie: czy wybiórczością pamięci              i prawem do historii jednostkowej możemy usprawiedliwiać takie odrzucanie odmiennych opinii? Czy nie powinniśmy właśnie dążyć do ustalenia możliwie jak najbardziej wyważonego osądu?

Jak można się przekonać przysłuchując się odmiennym głosom, Powstanie Warszawskie jest jednym z tych wydarzeń w historii Polski, które budzi emocje skrajne, wobec którego trudno pozostać obojętnym. Jednak czy znaczy to, że powinno się głosić o nim sądy, które nie znoszą sprzeciwów? A może to właśnie sposób Rymkiewicza, na zwrócenie uwagi współczesnego Polaka na kwestię powstańczego zrywu?

Trudno nie ulec wrażeniu, że Rymkiewicz w swojej ocenie sierpnia 1944 wpadł w pułapkę „egoistycznej pamięci” czyniąc powstanie aktem założycielskim Polski współczesnej. Może jednak kluczem do rozwiązania zagadki tej jednostronnej i wyolbrzymionej oceny może być fakt, jak wielkim przeżyciem dla autora – wówczas małego chłopca – były lata wojny i okupacji. Może to właśnie przeżycie wojny, dotknięcie jej z bliska daje Rymkiewiczowi prawo do osądów radykalnych. Być może jego głos w sprawie Powstania Warszawskiego jest tylko jeszcze jednym subiektywnym ujęciem sprawy, które nie odświeża spojrzenia na 1944 rok, ale przez fakt, że wypowiada się o nim ten, który był blisko wydarzeń, który spogląda na nie po latach ze sporym bagażem życiowych doświadczeń, urasta do miana historii jednostkowej.

A skoro każdy ma prawo do własnej historii, dajmy więc prawo Rymkiewiczowi do pamięci „zwróconej ku sobie”.

J.S.Ch.

Michał Witkowski, Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej, WAB, Warszawa 2007.

Tam, gdzie woda „z kranu leci zimna, w kolorze słabej herbaty, od razu niezdatna do picia”,  a wszyscy „są smutni, szarzy, przyprószeniu węglem” – na Śląsku – mieszka i spisuje historię swojego życia Hubert vel Barbara Radziwiłłówna: „dobrze odkarmiony”, „włos jeszcze silny, pofalowany, lśniący”, „wąs obowiązkowo”, „złota bransoleta na ręce i sygnet”, „na szyi Najświętsza Panienka Fatimska”, „koszula najchętniej w palmy”, „marynarka zielona,  z wywiniętymi rękawami, żeby podszewkę w paski było widać i bransoletę oraz zegarek”. Skąpiec z żyłką do interesów, chwytający się szemranych spraw – począwszy od prowadzenia budy z zapiekankami, przez nielegalne kino-video, windykację długów, kończąc na przyjmowaniu w lombardzie nikomu niepotrzebnych przedmiotów, czyli całej PRL-owskiej spuścizny mieszkańców Jaworzna-Szczakowej – w nadziei na wielkie zyski. Nieco nostalgiczny, dewocyjny, podejrzany typek, pół arystokrata, pół Żyd, o niejasnej orientacji seksualnej, budzący jednak sympatię czytelnika swą rubasznością i naiwnością. Kwintesencja tandety i kiczu ostatniego dwudziestolecia XX wieku. Postać-mozaika, posklejana z na pozór sprzecznych cech.

Zdawałoby się, że to powieść opisująca sytuację Polski po wielkiej przemianie ustrojowej roku 1989, przybliżająca mentalność ówczesnych Polaków, zawieszonych w świecie kubków Nescafé, sklepów Społem, wyrastających jak grzyby po deszczu barów szybkiej obsługi, pierwszych anten satelitarnych, hitów disco polo i elektronicznych zegarków, obowiązkowo z kalkulatorem. Nic bardziej mylnego!

„Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” to powieść-pretekst. Teraźniejszość jest pretekstem do mówienia o przeszłości (nie pierwszoplanowej jednak), eklektyczny i nierzeczywisty Hubert ze swoimi przygodami daje asumpt do rozważań nad kondycją literatury początku XXI wieku.

Bo cóż to za twór? Trochę szlachecka gawęda, trochę podręczny poradnik wzorowego akwizytora, modlitewnik, „spowiedź z konsumpcyjnych grzechów dziecięcia wieku”, romansowa historia miłości do młodego watażki, aż wreszcie swobodna opowieść o losach polskiej królowej. Wszystko poprzeplatane trawestacjami tekstów znanych z literatury i doprawione absurdalnym wręcz komizmem (wiekowa nimfomanka i matka największego mafiosa zarazem? figura Matki Boskiej zamiast krótkofalówki?! „Odbiór. Salve Regina!” – czy to zdarza się na co dzień?).

A język? Tu dopiero jest zabawa! Witkowski skacze z rejestru w rejestr, plącze stylistyki. Wykazuje się przy tym nieprzeciętnym talentem. Doskonale odnajduje się w przyjętych estetykach.

Historia spisywana przez Huberta na skradzionym komputerze staje się dla nas drugorzędna. Bohater, który sam nie potrafi określić siebie, wchodzi w role, jakie pisze dla niego nieprzewidywalne życie. Gdy tylko znajdzie dla siebie formę, zaraz wpada w nią całkowicie. Przyjmuje zachowania, nawyki i słownik czy to pielgrzyma, czy wędrującego Sarmaty, usłużnej pani (pana?) domu albo drobnego przestępcy i rozpływa się zupełnie. Barbara Radziwiłłówna znika, „futro jest puste”, odkrywa się przed nami świat gry z konwencją literacką.

Możemy zapytać, czy „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” to pomysł Witkowskiego na odnalezienie swojego miejsca w postmodernistycznej rzeczywistości. Skoro wszystko już było i nie stworzymy nic nowego, skoro pisarzom pozostało tylko sklejanie tekstów, przetwarzanie tradycji, to może właśnie droga obrana przez autora wiedzie do celu, jakim jest ostateczna rozprawa z  tą rzeczywistością.

Czy w tym szaleństwie jest metoda?

J.S.Ch.